Śląska Fudżijama, czyli Ostrzyca Proboszczowicka to stożek wulkaniczny – kulminacja Pogórza Kaczawskiego (501 m n.p.m.).
Wyraźnie górująca nad okolicą tajemnicza góra od wieków budziła respekt i intrygowała. 26 maja stała się celem naszej wyprawy.
Pogoda zachęcała do spaceru, więc za znakami żółtymi wspinaliśmy się Szlakiem Wygasłych Wulkanów na szczyt. Ostrzyca Proboszczowicka od 1962 roku jest rezerwatem geologiczno – florystycznym, którego bogactwo stanowią najpiękniejsze w Polsce gołoborza bazaltowe i blisko 290 gatunków roślin, z unikatowym lasem klonowo – lipowym. Dzieci dotykały kory drzew, rozpoznawały różne gatunki paproci, oglądały buczynowe orzeszki. Po pokonaniu 445 kamiennych schodków, co okazało się sporym wyzwaniem dla niektórych uczestników, weszliśmy na skalisty szczyt. Niestety mała przejrzystość powietrza nie pozwoliła zobaczyć Karkonoszy ani Ślęży, ale mogliśmy dotknąć samego rdzenia wulkanu – prawie czarnej, ciężkiej skały bazanitowej.
Po szczęśliwym (inaczej niż u Weira) powrocie na miejsce parkingowe czekał nas piknik. Zregenerowawszy nieco nadwątlone wspinaczką siły, ruszyliśmy (już autokarem) na następny wulkan – tym razem tylko 389-metrowy, z zamkiem Grodziec. Gościli tu w przeszłości Bolesław I Wysoki, książęta legniccy Ferdynand I i Ferdynand II, właściciel Książa Hans Heinrich VI von Hochberg i cesarz Wilhelm II. Wśród często zmieniających się właścicieli byli też rycerze – rabusie. Niszczony przez wojny i pożary zamek odbudował w stylu renesansowym na początku XX wieku profesor Bodo Ebhardt (wcześniej wg jego projektu zrekonstruowano zamek Czocha) na polecenie ówczesnego właściciela Willibalda von Dirksena.
Zamek, jaki jest, każdy widzi: zbudowany na górze, ma fosę, most zwodzony, grube mury z otworami nie tylko strzelniczymi, wieżę. Ma też – jak na szanujący się zamek przystało – Białą Damę i Czerwonego Upiora, których jednak o tej porze nie udało nam się spotkać. Zamiast tego na zamku czekała na nas dama realna – pani Marcelina, która pokazała nam zamkowe zakamarki, i Kasztelan – pan Zenon. To dzięki jego sercu i otwartości na problemy osób niepełnosprawnych mogliśmy obejrzeć m.in. narzędzia tortur i zbrojownię. Chłopcy na chwilę wcielili się w role średniowiecznych rycerzy, dzierżących miecze, tarcze i topory (bardzo ciężkie!). Spacerując po zamkowych komnatach z herbami książąt legnickich, słuchaliśmy opowieści o dawnej świetności tego miejsca: turniejach rycerskich, trwających nieraz i cztery dni, w których uczestniczyło nawet ponad 100 rycerzy, dworskich uroczystościach i ucztach. Namiastką tych ostatnich był posiłek na zamkowym dziedzińcu, z upieczonymi kiełbaskami.
Magia miejsca, staropolska gościnność i życzliwość gospodarzy sprawiły, że żal nam było wyjeżdżać. Kraina wygasłych wulkanów, choć niezbyt powszechnie znana, okazała się miejscem pełnym uroku i dobrej energii.
Pogoda zachęcała do spaceru, więc za znakami żółtymi wspinaliśmy się Szlakiem Wygasłych Wulkanów na szczyt. Ostrzyca Proboszczowicka od 1962 roku jest rezerwatem geologiczno – florystycznym, którego bogactwo stanowią najpiękniejsze w Polsce gołoborza bazaltowe i blisko 290 gatunków roślin, z unikatowym lasem klonowo – lipowym. Dzieci dotykały kory drzew, rozpoznawały różne gatunki paproci, oglądały buczynowe orzeszki. Po pokonaniu 445 kamiennych schodków, co okazało się sporym wyzwaniem dla niektórych uczestników, weszliśmy na skalisty szczyt. Niestety mała przejrzystość powietrza nie pozwoliła zobaczyć Karkonoszy ani Ślęży, ale mogliśmy dotknąć samego rdzenia wulkanu – prawie czarnej, ciężkiej skały bazanitowej.
Po szczęśliwym (inaczej niż u Weira) powrocie na miejsce parkingowe czekał nas piknik. Zregenerowawszy nieco nadwątlone wspinaczką siły, ruszyliśmy (już autokarem) na następny wulkan – tym razem tylko 389-metrowy, z zamkiem Grodziec. Gościli tu w przeszłości Bolesław I Wysoki, książęta legniccy Ferdynand I i Ferdynand II, właściciel Książa Hans Heinrich VI von Hochberg i cesarz Wilhelm II. Wśród często zmieniających się właścicieli byli też rycerze – rabusie. Niszczony przez wojny i pożary zamek odbudował w stylu renesansowym na początku XX wieku profesor Bodo Ebhardt (wcześniej wg jego projektu zrekonstruowano zamek Czocha) na polecenie ówczesnego właściciela Willibalda von Dirksena.
Zamek, jaki jest, każdy widzi: zbudowany na górze, ma fosę, most zwodzony, grube mury z otworami nie tylko strzelniczymi, wieżę. Ma też – jak na szanujący się zamek przystało – Białą Damę i Czerwonego Upiora, których jednak o tej porze nie udało nam się spotkać. Zamiast tego na zamku czekała na nas dama realna – pani Marcelina, która pokazała nam zamkowe zakamarki, i Kasztelan – pan Zenon. To dzięki jego sercu i otwartości na problemy osób niepełnosprawnych mogliśmy obejrzeć m.in. narzędzia tortur i zbrojownię. Chłopcy na chwilę wcielili się w role średniowiecznych rycerzy, dzierżących miecze, tarcze i topory (bardzo ciężkie!). Spacerując po zamkowych komnatach z herbami książąt legnickich, słuchaliśmy opowieści o dawnej świetności tego miejsca: turniejach rycerskich, trwających nieraz i cztery dni, w których uczestniczyło nawet ponad 100 rycerzy, dworskich uroczystościach i ucztach. Namiastką tych ostatnich był posiłek na zamkowym dziedzińcu, z upieczonymi kiełbaskami.
Magia miejsca, staropolska gościnność i życzliwość gospodarzy sprawiły, że żal nam było wyjeżdżać. Kraina wygasłych wulkanów, choć niezbyt powszechnie znana, okazała się miejscem pełnym uroku i dobrej energii.
